W Polsce nie ma ludzi, którzy zajmują się tym profesjonalnie. Poza mną chyba tylko Sebastian Kawa. Od dwóch lat mogę powiedzieć, że jestem zawodowym pilotem akrobacyjnym, ale to nie znaczy, że mogę normalnie żyć i planować sobie przyszłość jak sportowcy w innych dyscyplinach. Choć i tak miałem wielkie szczęście, bo trafiłem na wspaniałego człowieka i pasjonata lotnictwa, prezesa firmy Aviomet Leszka Kumocha. Leszek ma 67 lat, tak jak ja jest członkiem Aeroklubu Warszawskiego i skacze na spadochronach. Gdy mu opowiedziałem swoją historię, złapał się za głowę.

„Wystarczy, że raz doznasz lotu, a będziesz zawsze chodził z oczami zwróconymi w stronę nieba, gdzie byłeś i gdzie pragniesz powrócić” – twierdził Leonardo da Vinci. W pana przypadku to właśnie była taka miłość od pierwszego wejrzenia?

W rodzinie miałem tradycje związane z innym żywiołem, czyli z wodą. Mój dziadek jest emerytowanym kapitanem żeglugi wielkiej, pierwszy powojenny rocznik szkoły morskiej. Od małego pływałem na żaglach i w regatach, w domu leży trochę dyplomów. Później pływałem nawet na słynnych „Bieszczadach” (jacht żaglowy, który zatonął w 2000 roku z niemal całą załogą) i na „Zawiszy Czarnym” (flagowy żaglowiec ZHP), ale na nieszczęście mojego dziadka mieszkałem niedaleko lotniska na Bemowie, przy Wojskowej Akademii Technicznej, gdzie przez jego kapitańską lornetkę mogłem podziwiać latające szybowce.

A w telewizji oglądał pan pewnie „Top Gun”, marzył o skórzanej pilotce i ray-banach Toma Cruise’a?

To już później. Dziadek, podobnie jak mój tata, wspierał moją pasję. Kleiłem z nimi modele, chodziłem na pokazy, potem latałem na paralotniach. Gdy miałem 15 lat, znajomy zabrał mnie do Australii, tam odbyłem mój pierwszy lot samolotem z instruktorem. Planowałem iść do liceum lotniczego w Dęblinie, ale na szczęście wybrałem technikum lotnicze w Warszawie i dzięki temu mogłem latać po sto godzin rocznie na Bemowie. Moja mama nie miała ze mną łatwo. Woziła mnie do szkoły, a kiedy zamykały się za mną drzwi, odjeżdżała pewna, że pilnie się uczę. Z nauką było mi jednak nie po drodze. Kiedy pojawił się pierwszy cumulus na niebie, zabierałem plecak i szedłem na wagary na Bemowo. Miałem bardzo dobrego instruktora, byłego dowódcę pułku w Sochaczewie, który wcześniej latał na wojskowych odrzutowcach. Żartował: „Jeśli szkoła przeszkadza ci w lataniu, to rzuć szkołę”. Tak się skupiłem na lataniu, że powtarzałem jedną klasę. Potem poszedłem na Akademię Obrony Narodowej, kierunek lotnictwo. Mogłem dużo czasu spędzać na lotnisku, a wielu wykładowców pozwalało mi na więcej niż innym studentom, ponieważ miałem stypendium sportowe ministra obrony narodowej.

Czytaj więcej:

http://www.rp.pl/artykul/1166255-Horyzont-wokol-nas-krazy.html#ap-1